Mój minimalizm i przyjemność wyrzucania

Mój minimalizm i przyjemność wyrzucania

Nie mogę nazwać siebie minimalistką, bo nie mam określonej liczby rzeczy do której chcę zejść. Minimalizm, sam w sobie, nigdy nie był dla mnie celem. Moje podejście do posiadania rzeczy ewokowało w czasie. Od nastoletnich lat gdy ciągle mi czegoś brakowało, łącznie z miejscem na przechowywanie kolejnej pary jeansów lub szpilek. Do stanu w którym znacznie większą przyjemność sprawia mi wyrzucanie.

Mój minimalizm w praktyce

Zakupy nadal są dla mnie czymś pozytywnym, szczególnie te kosmetyczne. Jednak zbyt wiele razu zdarzało mi się cisnąć siatki w kąt i przypomnieć sobie o nich dopiero podczas sezonowego sprzątania. Jeśli próbowaliście to wiecie jak trudno jest wytrzymać z kupnem nowego kremu, aż skończy się ten pierwszy.

Lubię przestrzeń. Czystą, niezmąconą żadną obecnością, dlatego przy coraz większej liczbie moich decyzji zakupowych to ona jest priorytetem. Nie chcę marnować miejsca na coś co nie spełnia wszystkich moich oczekiwań.

Lubię otwierać szafę i widzieć wszystkie ciuchy w równych rzędach. Nie doszłam jeszcze do miejsca, w którym moje wieszaki wiszą tak luźno, że prawie siebie nie dotykają, ale wszystko przede mną.

Mój minimalizm i przyjemność wyrzucania

Rzeczy do chodzenia „po domu”

Aktualnie skupiam się na procesie optymalizacji swojej szafy i przyjemności jaką daje mi porządkowanie przestrzeni. Mam wrażenie, że bez względu na to co robię, stos rzeczy do chodzenia „po domu” wcale się nie zmniejsza. Nie popadam w skrajności, bo nie chcę zostać z 4 koszulkami i 2 parami spodni. Nie wyrzucam rzeczy w dobrym stanie, tylko oddaję je komuś, komu bardziej się przydadzą. Za to jestem bezwzględna wobec zniszczonych ciuchów, które trzymam z sentymentu.

Jak Wy pozbywacie się rzeczy i co lubicie bardziej kupowanie czy wyrzucanie?

Jeśli jeszcze go nie widzieliście to koniecznie zajrzyjcie do najnowszego Szkicownika.

fot. Clark Street Mercantile, Sarah Dorweiler