Alergia na coaching

Alergia na coaching

Tak szczerze, lubicie sami decydować o tym jak ma wyglądać wasze życie? Czy nie macie czasem ochoty przerzucić jej trochę na kogo innego, jeśli obieca, że wszystko będzie dobrze, póki stosujecie się do jego instrukcji? Może na co dzień tego nie czujecie, ale na bieżąco podejmujecie wiele decyzji, nie męczy to Was? Okazuje się, że jest wiele osób, które wiedzą jak powinniśmy pokierować swoim życiem. Nazwijcie ich jak chcecie – coachami, trenerami, guru, księżmi, czy politykami.

Mam przekorną naturę. I nie lubię, gdy inni mówią mi co mam robić. Pewnie, dlatego coś zagotowało się we mnie, gdy w jednym z wywiadów osobie opowiadającej o swoich planach, prowadzący program powiedział, że „powinna popracować nad byciem tu i teraz”. W tej chwili na mojej skórze zaczęła pojawiać się wysypka. Nie dlatego, że nie lubię tego typu specjalistów. Jeżeli ktoś potrzebuje pomocy to powinien jej poszukać. Jednak, nie po to chodzę do piekarni, by dowiedzieć się jak gluten wpływa na moją energię życiową, tylko by kupić bułki.

Znam kilku coachów (wiem, że to dziwna pisownia, ale słowo „kołcz” jeszcze się w Polsce nie przyjęło) w większości to kobiety i chętnie korzystam z ich rad i kursów. Ale gdy ktoś próbuje sprzedać mi jakiś coachingowy slogan razem z moją latte, to budzi się we mnie wewnętrzny sprzeciw.

Alergia na coaching

Jestem ciekawa, w którym momencie życia takie osoby patrzą na siebie i mówią „ok, teraz mogę zacząć mówić innym co mają robić”. Nie krytykuję ich motywacji, bo pewnie chcą dobrze i wielu przypadkach mają sporą wiedzę o życiu. Sama umiem robić świetne spaghetti, ale nie czuję presji by nawracać resztę świata na moją wersję bolognese.

Co czujecie, gdy osoba, którą pierwszy raz widzicie na oczy mówi Wam: „sky’s the limit”?

Zdjęcia: Connor Mcsheffrey, Heather